Nie wszyscy wiedzą, czym jest monomit. Wielu, którym to pojęcie obiło się o uszy (lub oczy), zetknęło się z nim w kontekście „Gwiezdnych wojen”. Czy słusznie? Może czas odkurzyć nienowy temat i spojrzeć na niego w kontekście popkultury, jaką jest dzisiaj? Warto przypomnieć, czym jest monomit, skąd się wziął i na ile George Lucas z niego korzystał.
Poniższy tekst jest rozwinięciem prelekcji, którą miałem przyjemność przedstawić w Dniu Gwiezdnych Wojen (4 maja 2018) w Bibliotece z Pasją w Gdyni. Moje skromne, 40-minutowe wystąpienie „Gwiezdne wojny” mitem uniwersalnym, czyli czyją drogą kroczy Skywalker koncentrowało się na pierwszym filmie George’a Lucasa, ale wątki w nim poruszone sięgają znacznie dalej, niż udało mi się to wówczas zaprezentować.
Dlaczego nie Flash Gordon?
Zanim George Lucas wymyślił „Gwiezdne wojny”, marzył o ekranizacji komiksu o Flashu Gordonie. Prawie nieznany w Polsce super-gwiezdny-bohater z komiksu Alexa Raymonda był niezwykle popularny w USA w latach 40. i 50. minionego wieku.

(fot. James Vaughan)
Na nieszczęście dla Lucasa, prawa do ekranizacji znajdowały się w rękach Dino de Laurentiisa, który nie zamierzał powierzać filmu właśnie jemu. Ostatecznie Flash doczekał się ekranizacji w roku 1980 i, poza muzyką zespołu „Queen”, niespecjalnie zwrócił uwagę. Nawet reżyser filmu Mike Hodges wypowiadał się na jego temat dosyć krytycznie (zwłaszcza w kontekście nieudanego kompromisu między powagą a parodią).
Nim to nastąpiło, spragniony bajkowej fabuły George Lucas zdecydował, że sam może wymyślić podobną historię i bohaterów. Bardzo szybko stało się to wręcz jego obsesją. Przytłoczony ilością filmów ponurych i demitologizujących Amerykański Sen (jego przyjaciel Copolla brał się właśnie za „Czas apokalipsy”), postanowił dać Amerykanom coś lekkiego. Myślał o budującej, dającej radość historii w stylu, od którego „poważni” twórcy się odwrócili.
Tak powstali Luke Starkiller, Mace Windy i Jedi Bendu – pierwsi bohaterowie przyszłych „Gwiezdnych wojen”.
Później z tych samych powodów Lucas stanie się współtwórcą takich filmów jak „Willow” czy seria o przygodach Indiany Jonesa, ale to już zupełnie inna historia…
Inspiracja
George Lucas uważał się za kiepskiego pisarza. Dzięki spektakularnemu sukcesowi „Amerykańskiego grafitti” miał czas, by pisać scenariusz do kolejnego filmu i nie umrzeć z głodu (jego żona była wcale niezłym montażystą, a przy tym nie mieli dzieci – to też pomagało).
Niestety czas, jaki Lucas spędził nad pustą kartką, wystarczyłby pewnie Brandonowi Sandersonowi na napisanie kolejnej książki zbyt ciężkiej, by trzymać ją w jednej ręce. Jedyne, co wymyślał, to kolejne dziwaczne imiona i akcje w stylu odbijania księżniczek z kryształowych pałaców na odległych planetach. Wątków było zbyt wiele, brakowało spójności, a dialogi pisane były „techniczną gadką”, znacznie utrudniając wypowiedzenie pojedynczej kwestii na jednym oddechu.
Trwało to ładnych parę lat (Jacek Dukaj by zrozumiał), zainteresowanych odsyłam do drobiazgowej biografii pióra Briana Jay Jonesa 1.
Według niektórych źródeł to właśnie wtedy – w okolicach roku 1975 – Lucas przypomniał sobie o książce Josepha Campbella „Bohater o tysiącu twarzy”. Książka ta wydana była w 1949 roku i reżyser zetknął się z nią na studiach. Teraz był dobry moment na powrót do tej pozycji.
Monomit
Ci, którzy słyszeli o monomicie, nie potrzebują wiele wyjaśnień. Nie wszyscy jednak mieli tę przyjemność, wypada więc streścić, o co chodzi.
„Bohater o tysiącu twarzy” to w najważniejsza książka prof. Campbella, który stawia w niej tezę, jakoby wszystkie mitologie świata wyrastały ze wspólnego pnia. Ten pień – rzeczony monomit – bierze się z podświadomych potrzeb ludzi, które na całym świecie są identyczne. Relacja z ojcem, dojrzewanie, pierwsza miłość – te elementy różnią się w poszczególnych kulturach tylko w szczególe – dotyczą jednak wszystkich w ten sam sposób.
Cambell przełożył wnioski Carla Junga (jednego z ojców psychologii) na konkretne mity, które zebrał i drobiazgowo przeanalizował. Niektórzy twierdzą, że „Bohater…” pisany jest pod tezę w zbyt zauważalny sposób i Campbell wybrał sobie z mitologii tylko to, co mu pasowało (innymi słowy: postąpił niezgodnie z naukową metodologią). Być może, ale siła rażenia jego książki nie podlega dyskusji – Lucas nie był bowiem jedynym, który po Campbella sięgnął i to z sukcesem.
Campbell nie był pierwszy
Stwierdzenie, że Cambell nie był pierwszy, może odbiera amerykańskiemu profesorowi palmę oryginalności, ale jednak potwierdza przynajmniej część stawianych przez niego tez. Może przed nim myśl, choć ta sama, nie była wyrażana w ten sam sposób – ale idea, że istnieje jakieś wspólne jądro dla wszystkich mitologii nie była w czasach Campbella nowa.
Już w 1925 G.K.Chesterton w rozważaniach o historii religii („Wiekuisty człowiek”) stawia tezę, że w swoich mitologiach wszystkie kultury próbują opowiedzieć jedną prawdę, a jest to prawda o relacji człowieka i Boga. Nie wprost zatem, ale jednak wskazuje na wspólny rdzeń mitycznych narracji.
Nieco później, w 1944 roku C.S.Lewis publikuje artykuł „Myth became Fact”2. Pisze w nim o micie jako wehikule, który umożliwia nam (ludziom) doświadczać tego, co inaczej mogłyby być poznane tylko w formie abstrakcji. Porównuje mit do miłosnego uniesienia – gdy go doświadczasz, nie jesteś w stanie go analizować; gdy je analizujesz – nie możesz doświadczyć. W ten sposób – zauważa Lewis – mit przynosi nam pewne uniwersalne doświadczenie. Gdy je nazwiemy, traci ono swe oddziaływanie – staje się z powrotem abstrakcją.
W tym mniej więcej czasie przyjaciel Lewisa, doskonale znający też prace Chestertona, J.R.R. Tolkien jest w trakcie pracy nad „Władcą Pierścieni” (równolegle tworząc to, co dziś nazywamy „Silmarillionem”). Odnosząc się do tych dzieł kilka lat później, około 1951 roku, w liście do wydawcy Miltona Waldmana pisze, że zarówno mity, jak i legendy w większości skonstruowane są (made of) z „prawdy” i opisują rzeczy (present aspects), które tylko w ten sposób mogą zostać przyjęte (received). Słychać w tym tekście echa identycznego rozumowania, co u Lewisa.
Choć wszyscy wymienieni wyżej Brytyjczycy znali mity jedynie kilku kultur (najlepiej chyba Tolkien, który na co dzień badał mity brytyjskie i skandynawskie), zaobserwowali to samo zjawisko, które streścił Campbell w koncepcji monomitu. Więcej – panowie ci posługiwali się monomitem, nim został on nazwany. Trudno o lepszy przykład niż powieści Tolkiena, które prezentują niemal każdy etap monomitu, choć wszystkie napisane zostały przed 1949 rokiem (nie mogły więc być inspirowane „Bohaterem o tysiącu twarzy”).
Czy jednak może to dziwić? Jeśli monomit rzeczywiście jest czymś uniwersalnym, jego powszechne zastosowanie wydaje się wręcz nieuniknione.
Jak Lucas zaadaptował monomit?
Lektura książki Josepha Campbella pozwoliła Lucasowi dopasować brakujące elementy układanki, czy może rozsypanki, jaką był jego scenariusz. Łatwo to zaobserwować w ostatecznej wersji filmu3.
Monomit u Lucasa ściśle związany jest z postacią Luke’a Skywalkera (który zmienił nazwisko ze „Starkiller” w ostatniej chwili). Campbell zauważa, że mit ma jednego, wiodącego bohatera (w domyśle: mężczyznę), który odbywa pewną podróż („drogę bohatera”) pomiędzy światami; dzieli ją na trzy duże etapy: odejście, inicjację i powrót.
Do „Gwiezdnych wojen” (1977) Lucas „włożył” tylko dwa pierwsze etapy, zostawiając sobie doskonały pretekst do kontynuacji. Z czego się one składają i jak to wygląda w filmie?
Odejście
1. Wezwanie
Wezwanie do wyprawy jest elementem wspólnym tak licznych historii, że raczej nikogo nie zaskakuje. Jak zauważyłem wcześniej, nieznający Campbella Tolkien intuicyjnie rozpoczyna od wezwania zarówno „Hobbita” jak i „Władcę Pierścieni” – Lucas jest nieco bardziej świadomy roli tego składnika.
Do Luke’a przychodzi wirtualna księżniczka Leia i, choć nie zwraca się do niego (holograficzna wiadomość zaadresowana jest przecież do Obi-Wana), rzuca mu swoistą przynętę, by zrobił coś ryzykownego.
Młody bohater zagrzebany jest po uszy w nudnej codzienności. To „pierwszy świat”, który jest dla mitycznego bohatera punktem wyjścia. Ten „pierwszy świat” farmy na Tatooine pod wieloma względami przypomina równie nudny Hobbiton, choć nie jest aż tak dosłownie odmiennym światem, jak Anglia w „Opowieściach z Narnii” Lewisa.
2. Odmowa
Z jakiegoś powodu bohater na początku nie zamierza ruszać na wyprawę. Luke najpierw udaje, że hologram Lei go nie interesuje (wiemy, że tak nie jest, ale Luke lubi się oszukiwać).
Potem, gdy ucieka R2D2, chłopak rusza na poszukiwania. Ale, pomimo zagrożeń (atak Ludzi Piasku), to jeszcze nie jest właściwa wyprawa. Przypomina ona małą przygodę w dużej przygodzie – powiedzielibyśmy: zajawkę. Jest to składnik niejednego mitu, przez co przywodzi na myśl kompozycję szkatułkową albo rosyjską matrioszkę.
Właściwą odmowę wzięcia udziału w przygodzie słyszymy z ust Luke’a gdy Obi-Wan zaprasza go w podróż na Alderaan. Luke wyśmiewa Kenobiego i oferuje mu podwózkę do Anchorhead, która jest tak małą mieściną, że nawet nie zobaczymy jej w filmie. Oczywiście potem, gdy okazuje się, że Imperium już zaatakowało i wujostwo Luke’a nie żyje, opory znikają zupełnie.
3. Pomoc
Skoro bohater rusza, musi otrzymać pomoc (spotkać pomocników). Campbell wprowadza tu postać starca lub staruszki, która niesie w sobie aspekt nadprzyrodzony. Mistrz albo wiedźma pojawiają się w wielu historiach w roli pozytywnych inicjatorów przygody. To od nich bohater będzie się uczył, jak postawić pierwsze kroki.
Takim nadprzyrodzonym pomocnikiem jest w filmie pierwszy z serii „ostatnich Jedi” (nie wiemy jeszcze o istnieniu Yody), czyli Obi-Wan Kenobi. Demonstruje on swoje zdolności najpierw mieszając w głowie głupiutkiego szturmowca („To nie są roboty, których szukacie”), potem ucinając łapę rzezimieszka w Kantynie.
4. Pierwszy próg
Do tej pory wszystko działo się w „pierwszym świecie” lub na jego pograniczu (takim pograniczem jest też np. Rivendell w „Hobbicie”). Kiedy Luke i Obi-Wan opuszczają Tatooine, nie ma już odwrotu. Wcześniej nasz bohater mógł jeszcze wrócić na farmę (względnie: do Hobbitonu), mógł też choćby zostać w Mos Eisley. Teraz wiemy, że przekroczył próg innego świata. Tutaj jest nawet pewna dosłowność, bo czym innym jest planeta, jak nie światem?
Natychmiast po przekroczeniu progu następują pierwsze próby – Luke musi nauczyć się używać Mocy. To bardzo symboliczne, że Obi-Wan nie uczy Luke’a, gdy są jeszcze na pustynnej planecie. Na Tatooine widzimy zaledwie demonstrację użycia Mocy, ale tego, czym jest Moc (albo jak jej użyć) dowiadujemy się dopiero po przekroczeniu pierwszego progu. Moc jest zatem jakby elementem tego drugiego świata (symbolicznie), choć w tym pierwszym funkcjonuje tak samo.
5. Jaskinia
Bohater, który odważył się wkroczyć do innego świata, musi ponieść tego konsekwencje. Trafia do „brzucha wieloryba” albo „głębokiej jaskini”, czyli w miejsce mroczne i pełne niebezpieczeństw. Na razie czuje się jeszcze obcy w tym innym świecie i „wizyta” w tym groźnym miejscu jest dla niego szczególnym wyzwaniem.
To ciekawe, że zarówno u Lucasa jak i Tolkiena element jaskini jest potraktowany bardzo dosłownie. Luke i drużyna trafiają do „brzucha” Gwiazdy Śmierci, zaś Bilbo i jego drużyna – do jaskiń goblinów. Siła tego symbolu musi być naprawdę duża, bo trudno tu uwierzyć w czysty przypadek.
To mroczne miejsce stanowi koniec pierwszego etapu drogi, od teraz rozpocznie się inicjacja bohatera, której celem jest „nauczenie” go, jak funkcjonuje „inny świat”.
Inicjacja
6. Spotkanie
Do tej pory przeciwnicy bohatera pochodzili z drugiego planu, na pierwszym mieliśmy pomocników, a nawet drużynę. Etap inicjacji komplikuje relacje bohatera z innymi ważnymi postaciami występującymi w micie.
Campbell podsuwa nam tu postać bogini, kobiety a w pewnych wariantach ojca bohatera. Część wspólna spotkania z tym kimś to wyzwanie, z jakim bohater musi się zmierzyć. Kimkolwiek w danym micie jest napotkana osoba, nie będzie to po prostu pomocnik, który dołączy do ekipy i będzie bohatera ratował.
Tutaj może pojawić się konfrontacja, może pojawić się uwodzenie – na pewno coś, co dla bohatera nie jest łatwe, ale też nie jest jednoznacznie negatywne (jest to wyzwanie raczej innego rodzaju niż walka).
Należy zauważyć, że nie jest to etap, gdy Luke konfrontuje się z Vaderem (zresztą w głowie Lucasa Darth Vader nie był jeszcze ojcem Luke’a). Z Vaderem walczy tylko Obi-Wan, a Luke w zasadzie przez cały film nie spotyka się z „głównym złym” (bo tym jest przecież Vader w filmie z 1977 roku). Konfrontacja Luke-Vader stanie się dopiero kulminacją „Imperium kontratakuje” trzy lata później.
Bohaterem spotkanym na tym etapie jest raczej typ kusicielki – Leia, która samym swoim pojawieniem się zadrażnia relacje między Lukiem a Hanem Solo. Leia pełni w filmie wiele funkcji, ale z perspektywy monomitu jest właśnie tą „boginią” (przypomina się epitet „wasza kultowość”), która komplikuje prostą jak dotąd psychologię całej drużyny.
7. Przeciwności
Właściwie przeciwności występują u Campbella przed spotkaniem, ale w „Gwiezdnych wojnach” jest ich tak wiele, że wystarczają na przed, w trakcie i po. Film jest przecież napakowany akcją – skradaniem się, strzelaninami, gonitwami, a nawet zgniataniem śmieci.
8. Zdobycz
Skutkiem przejścia poprzednich kroków jest zdobycie czegoś. Może to być przedmiot (miecz, Pierścień…) albo coś niematerialnego (wiedza, rozeznanie, mądrość). Mogą to być też plany Gwiazdy Śmierci.
9. Apoteoza
Choć „apoteoza” oznacza dosłownie włączenie w poczet bogów, za tym punktem kryje się tak naprawdę metafizyczny „awans” bohatera związany z nauczeniem się przez niego nowych zasad – tych panujących w „drugim świecie”. Dla Bilba Bagginsa było to po prostu usamodzielnienie się, nabycie umiejętności walki i zostanie właśnie tym „włamywaczem”, za którego od początku uważali go krasnoludowie. Dla Luke’a jest to coś znacznie bardziej uchwytnego – dającego się zamknąć w słynnej scenie „Użyj Mocy, Luke”.
Jak widać jest to punkt kulminacyjny zarówno monomitu, jak i filmu. Ostatni etap – powrót – nie „zmieścił się” w „Gwiezdnych wojnach”, choć zmieścił się np. we „Władcy Pierścieni” (pamiętajmy, że Tolkien nie uważał swojej powieści za trylogię – dziś pewnie ukazałaby się w jednym tomie). Mam wrażenie, że jest to najczęściej opuszczany element drogi bohatera – przynajmniej opuszczany fragmentarycznie – składa się bowiem z dużo trudniejszych do opowiedzenia kroków. W kolejnych dwóch filmach Lucas korzysta jednak z tego etapu, choć nie ujmuje monomitu już tak dosłownie jak w pierwszych „Gwiezdnych wojnach”.
Dalsze losy monomitu
Sukces „Gwiezdnych wojen” niewątpliwie wpłynął na kino i wywołał zainteresowanie „mitologicznym” sposobem opowiadania historii. „Bohater o tysiącu twarzy” wszedł do kanonu książek dla powieścio- i scenopisarzy w USA. Jest powszechnie polecany przez twórców, a zawarte w nim motywy często pojawiają się w kinie i powieściach zwłaszcza z gatunku fantasy (które także w stylistyce bywają bardzo „mityczne”).
Zarazem zbieżność monomitu z intuicją powoduje, że nawet bez znajomości idei Campbella twórcy często wykorzystują te same schematy. Dlaczego? Schematy te po prostu działają! Przemawiają do naszej podświadomości, do czegoś zakorzenionego bardzo głęboko. Dzięki temu są niezwykle skuteczne w poruszaniu nas.
W efekcie nie sposób stwierdzić, czy ktoś korzysta z monomitu świadomie, czy nie. Utrudnia to ocenę wpływu, jaki Campbell i jemu podobni mają na popkulturę. Wielu twierdzi, że ogromny (zwłaszcza zwolennicy jego wizji). Inni prezentują bardziej stonowany osąd (a ja z nimi).
Z całą pewnością powielanie schematu prowadzi do utrwalenia go w świadomości ludzi. Motyw wezwania bohatera i jego początkowej odmowy, przerwanej dopiero „nadprzyrodzoną” interwencją występuje tak często, że listę można rozpocząć, ale nie da się jej zamknąć. W szczególności znajdą się na niej filmy o superbohaterach (np. „Spiderman”, gdzie dopiero śmierć wuja mobilizuje Petera Parkera, „Mroczny Rycerz powstaje”, gdzie wycofany Bruce Wayne długo zwleka z ruszeniem do walki), ale także liczne westerny (gdzie przyjezdny kowboj nie chce mieszać się do spraw w skorumpowanym miasteczku, dopóki ktoś nie zastrzeli jego siostrzeńca) albo filmy o policjantach (którzy natrafiają na trop przestępstwa wykraczającego poza ich jurysdykcję i dopóki jeden z nich nie zginie, drugi udaje, że sprawy nie ma).
Konstrukcja monomitu jest na tyle konkretna, że można na niej budować i na tyle elastyczna, że dwie oparte na niej historie mogą być niemal całkowicie różne. Oczywiście, po pewnym czasie schemat staje się zbyt oczywisty i wtedy niektórzy twórcy zaczynają „bawić się” nim. W „Ostatnim Jedi” mistrz Luke Skywalker, choć jest „nadprzyrodzonym starcem”, jednocześnie wchodzi w rolę tego, który nie chce podjąć wyzwania (znowu); bohaterem, który tradycyjnie jest mężczyzną, jest kobieta Rey, a jej „kusicielem” (tradycyjnie kobietą) jest mężczyzna Kylo Ren; zdobyczą wyniesioną ze zniszczonego statku Snoke’a (brzucha wieloryba) jest przykra świadomość porażki i przekonanie o tym, że tajemnicza przeszłość Rey nie jest żadną tajemnicą, ale banałem.
Jednak granie monomitem, a nawet odwrócenie go, to w dalszym ciągu wyraz pewnego uznania jego przemożnego wpływu. Wobec monomitu bowiem trudno być obojętnym. Czy oznacza to, że w pewien sposób jesteśmy na monomit skazani?
Być może pytanie jest źle zadane. A jeśli równie dobrze moglibyśmy pytać, czy jesteśmy skazani na używanie słów? Skoro monomit jest odbiciem naszej psychiki, opisuje rozwój osobowości itp., dlaczego mielibyśmy go unikać?
Wraz z nazwaniem monomitu nie zaczęliśmy nagle wplatać go w nasze opowieści. Robiliśmy to już od zarania ludzkości – dzięki temu właśnie udało się monomit zauważyć. Przykład powieści Tolkiena jest doskonałym obrazem tego zjawiska. Czy tego chcemy czy nie, ciągnie nas do takich opowieści i takie opowieści snujemy. Sądzę, że gdyby Joseph Campbell nigdy swojej książki nie napisał, nie zmieniłoby to aż tak wiele.
Zarazem jednak wielu twórców (jak George Lucas) skorzystało na tym, że ktoś dał im „gotowca”. I mogę tylko życzyć im, by nie przesadzali z dosłownością (jak George Lucas w trylogii prequeli) i pamiętali, że nadal to oni są twórcami. A nie Joseph Campbell.
Przypisy
- biografia wydana w 2016 roku obejmuje okres do sprzedaży praw wytwórni Disney’a
- artykuł zawarty jest w zbiorze „Bóg na ławie oskarżonych”
- tzn. tej z 1977, która nie jest wersją ostatnią sensu stricte, biorąc pod uwagę późniejsze przeróbki